"No bullshit", czyli o mieszkaniowym naganiactwie

Informację prasową można napisać lepiej lub gorzej. Można też napisać ją tak, że publicznie komentują ją jedni z najlepszych dziennikarzy Gazety Wyborczej. Proszę jeszcze nie gratulować autorowi! Te komentarze z pewnością go nie cieszą.

Marka Wielgo, najbardziej opiniotwórczego dziennikarza piszącego o nieruchomościach, tak zdenerwowała jedna z otrzymanych informacji prasowych, że skomentował ją na swoim blogu:

Prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie, niż jakiś szanujący się dziennikarz wykorzysta tego typu dane. Z tak nachalnym naganiactwem nie spotkałem się jeszcze nigdy w swojej karierze dziennikarskiej. Mam nadzieję, że prezes redNet Property Group Robert Chojnacki przeczyta mój komentarz i odpowiednio pouczy pracownika PR, który odpowiada za ten gniot (komuś się wydaje, że pracuje w reklamie).

Maciej Samcik, jeden z kluczowych dziennikarzy ekonomicznych, skomentował: Uuuuuu! Nie znam RedNeta, ale zwykle tak mówią goście, którym zagląda w oczy widmo utraty płynności finansowej :-) ).

Całość wpisu wraz z pełnym tekstem omawianej „informacji prasowej” można przeczytać na http://mieszkaniowy.blox.pl/2009/08/Oto-przyklad-mieszkaniowego-naganiactwa.html.

Muszę przyznać, że wypowiedź Marka Wielgo podkusiła mnie do przeprowadzenia testu prawdziwości jego tezy (tej o kaktusie). Bardzo cenię rzetelność autora wypowiedzi oraz kilku innych dziennikarzy piszących w polskich mediach o nieruchomościach i byłam pewna, że umieścili tę „informację” tam, gdzie jest jej miejsce… czyli w koszu. Podejrzewałam jednak, że artykuł może się przebić w kanałach mniej dbających o jakość.

Okazało się jednak, że moje obawy były nieuzasadnione. Test Google na obecność cytatów z artykułu w Internecie wypluł tylko trzy wyniki – żaden z nich nie dotyczył internetowych wydań gazet. Dodatkowo jeden z serwisów jest własnością RedNetu i chociaż firma ta zastrzegała, że tworzy medium bezstronne, ta publikacja jakoś mnie nie dziwi. Bardziej martwi obecność artykułu na jednym z najważniejszych portali ekonomicznych. Jak widać kontrola jakości otrzymanych materiałów nawet w najlepszych portalach bywa zawodna. Ale suma sumarum wynik – z punktu widzenia PRowca – nie jest imponujący.

Dla mnie to kolejny dowód na to, że działania PR warto prowadzić w sposób przemyślany i rzetelny, a przede wszystkim z szacunkiem do odbiorcy (zarówno dziennikarza, jak i klienta).

Nie będę szczegółowo analizować, na czym polega problem z tą informacją. Dość powiedzieć, że jej autor przesadził ze stężeniem opinii oraz elementów perswazyjnych, tworząc wrażenie wspomnianego „naganiactwa”, na które po doświadczeniach kryzysowych wszyscy chyba jesteśmy uczuleni.

Dziennikarze (a w każdym razie ci,  na których artykułach nam zależy) to naprawdę inteligentni ludzie, wiedzą, kiedy ktoś wciska im kit. Jeśli nie poznają się w pierwszym momencie i puszczą coś niewłaściwego, tym gorzej dla autora – będą mieli poczucie, że przez niego nadszarpnęli swoją reputację. Dlatego warto przyjąć zasadę „no bullshit” (bardzo podoba mi się szczegółowa definicja tego złożonego znaczeniowo słowa).

Jak sprawdzić, czy napisany przez nas tekst spełnia kryterium „no bullshit”? Najłatwiej zadać sobie pytanie: Czy ja sam wierzę w to, co napisałem?

Idealistyczne? Na krótką metę może się takie wydawać. Ale biznes to wyścig na długi dystans. Głupio się potknąć.

Twitter Digg Delicious Stumbleupon Technorati Facebook Email